Zlikwidować Departament Edukacji!

Merdia donoszą, że Senat zatwierdził kandydatkę Trumpa na stanowisko Sekretarza d/s Edukacji. Demokraci nie kryją wściekłości, gdyż kandydatka jest wrogiem nauczycielskich związków zawodowych i chce osłabienia publicznego monopolu w kwestii nauczania.

Z tej okazji należy przypomnieć kilka faktów.

Gdy Ojcowie Założyciele pisali Konstytucję USA wymienili w niej rzeczy, którymi ma się zajmowac rząd federalny oraz zastrzegli, że wszystkie sprawy, które nie zostały wymienione jako należące do rządu federalnego – należą do władz stanowych.

Edukacji na liście zadań rządu federalnego nie ma. Ergo: Organizowanie edukacji publicznej jest zadaniem władz stanowych lub wręcz lokalnych – a nie rządu w Waszyngtonie. Ojcowie Założyciele z całą świadomością postanowili nie powierzać edukacji władzy centralnej – albowiem doskonale rozumieli, że kto zarządza publicznym szkolnictwem – tan ma władzę decydowania CO to szkolnictwo ma uczyć. A wtedy błyskawicznie edukacja zamiania się w indoktrynację.

Gdy o tym rozmawiamy z Europejczykami – a także z Polakami – zazwyczaj natrafiamy na kompletny mur niezrozumienia. Polakowi w głowie się nie mieści, że zarządzanie edukacją może NIE należeć do rządu i że wręcz NIE powinno należeć do rządu. Europejczyk traktuje jako oczywistość, że nad wszystkim musi panować jakiś minister, bo jak ministra nie będzie to zaraz nauczyciele zaczną uczyć że 2+2=5. Więc minister musi kontrolować czy dobrze uczą. To, że taki minister będzie też miał pokusę aby np. ustalać czy należy uczyć, że Lenin był zbrodniarzem czy też bohaterem albo czy wolno uczyć, że historia islamu to historia zbrodni i podbojów – to juz Europejczykowi nie przychodzi do głowy. Państwo musi kontrolować edukację a edukacja ma być przymusowa – to dla Europejczyka dogmat.

Gdy wskazujemy, że np. w USA de facto powszechny przymus edukacji został zniesiony – a świat się od tego nie zawalił – Europejczycy nie potrafią tego przyjąć do wiadomości, nawet gdy im się fakty podsunie pod nos – wystarczy przeczytać komentarze pod naszym starym tekstem na Frondzie.

Ale wracając do Ojców Założycieli. Jak powiedzieliśmy – postanowili oni, że rząd federalny nie ma mieć nic do gadania w kwestii organizacji szkolnictwa. Taki stan rzeczy trwał przez pierwsze dwieście lat istnienia Stanów Zjedoczonych, aż do prezydentury Cartera.

I pomimo tego iż w Waszyngtonie nie było żadnego Departementu Edukacji a amerykańskich koloniach – a później w Stanach Zjednoczonych wśród ludności białej praktycznie nie było analfabetyzmu. (Oczywiście co innego wśród czarnych niewolników). Małę jednoizbowe szkółki wiejskie zatrudniające jedną nauczycielkę potrafiły produkować świadomych obywateli i zdumiewająco szerokich horyzontach. Pionierzy prący na zachód osiedlali się na farmach – po czym organizowali się w miasteczka oraz terytoria a na koniec stany – i potrafili samodzielnie, bez pomocy Dobrych Wujów – pisać statuty powstających miast oraz konstytucje nowych stanów.

Bez Departamentu Edukacji Ameryka potrafiła wykształcić swoich pierwszych inżynierów, którzy wybudowali kanał Eire, pierwsze parostatki, linie kolejowe, kopalnie, huty, stocznie, przemysł samochodowy, pierwsze samoloty, założyli uniwersytety i college.

W tym miejscu każdy szanujący się Europejczyk powie: A bo mieli wykształconych imigrantów z Europy. To jest prawda – ale tylko częściowa. Tak – z Europy przybywało sporo ludzi i robiło kariery w Amerykańskim przemyśle – ale stanowili oni mniejszość. Lwią część amerykńskiej innowacyjności stanowili ludzie w Ameryce urodzeni i wychowani, tacy jak Edison, bracia Wright, Henry Ford – dzieci farm i zakładów rzemieślniczych. To amerykańscy menedżerowie i majstrowie potrafili doprowadzic w czasie wojny stocznie do takiej wydajności, że budowa transportowca Liberty trwała w nich kilka dni.

Czyli Ameryka sobie doskonale radziła bez Departamentu Edukacji ani żadnego innego centralnego urzędu kierującego szkołami publicznymi.

Tak trwało do czasów Cartera, który drastycznie rozbudował rząd federalny tworząc w nim między innymi Departamety Edukacji oraz Energii. Oficjalny powód brzmiał: „Musimy postawić na edukację bo jak nie to nas Sowieci wyprzedzą”. Powód faktyczny: Olbrzymia machina biurokratyczna jaką musi stanowić Departament Eukacji stanowi niewyczerpane źródło dobrze płatnych posad, którymi można wynagradzać zasłużonych dworzan. Mówiąc po polsku jednym słowem: Koryto.

Oczywiście z deklarowanym celem, czyli podniesienim poziomu szkolnictwa, Departament Edukacji nie ma nic wspólnego. Nie słyszeliśmy jak dotąd o absolutnie żadnych badaniach, które by wskazywały, że po utworzeniu Departamentu Edukacji poziom amerykańskiego szkolnictwa uległ jakimklwiek zmianom na lepsze.

Ale skoro raz Departament Edukacji został stworzony to zaczął żyć swoim życiem i od tej pory wszyscy pracujący w nim urzędnicy pracują nad jednym: W jaki sposób przekonująco uzasadnić potrzebę swojego istnienia. Piszą więc raporty: Aby móc rywalizowac ze światem potrzebujemu dodatkowy miliard dolarów. Gdy miliard nie przynosi porawy funkcjonowania szkół – nalezy się domagać następnych dwóch. Dwa nie pomogą? To trzy. Trzy nie pomogły? To znaczy, że trzeba wydać następne dziesięć. Apetyt Bestii jest niezaspokojony.

Niestety, powoli coraz więcej ludzi się zaczyna na to nabierać iż Departament Edukacji jest potrzebny bo bez niego staniemy się narodem analfabetów- i powoli już nie pamiętają, że kiedyś, newet całkiem niedawno, Departamentu Edukacji nie było a szkoły nie były gorsze niż dzisiaj – a pewnie nawet były lepsze. Więc jeżeli ogromna państwowa machina biurokratyczna nie potrafi wypełnić zadań do których została (przynajmniej oficjalnie) powołana – a tylko pożera niewiarygodnie wielkie pieniądze – to może czas pomyśleć nad tym aby Departament Edukacji zlikwidować?

Na razie ta myśl wydaje się czymś radykalnym. Nawet Trump zamiast Departament Edukacji po prostu zaorać obiecuje go jakoś reformować i stawia na jego czele zaufaną kobietę. Jest to naiwność: zgodnie z prawem Parkinsona urząd, który ma więcej niż kilkuset urzędników staje się niereformowalny i zaczyna istnieć tylko po to aby zatrudnać coraz więcej urzędników. Nie mamy złudzeń – nowa Pani Sekretarz Edukacji na reformowaniu edukacyjnej biurokracji połamie sobie zęby a nic nie osiągnie.

Ale jest pierwsza jaskółka wskazująca na to, że nie wszyscy dali się ogłupić: Kongresmen Thomas Massie z Kentucky właśnie złożył w Izbie Reprezentantów projekt ustawy likwidujący Departament Edukacji. Szans na to aby ustawa przeszła nie ma, naszym zdaniem, żadnych.  Zaraz podniesie się wrzask, że Kongresmen Massi „jest wrogiem edukacji” oraz „chce społeczeństwo trzymać w ciemnocie” – ale kropla drąży skałę. Wcześniej czy później ludzie zrozumieją, że o takim a nie innym poziomie systemu edukacyjnego nie decyduje to czy jacyś tam urzędnicy opracują genialny program nauczania – ale profil etniczny szkół, o czym My, Wielki Wódz, piszemy do znudzenia.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Zlikwidować Departament Edukacji!

  1. Marek Lipski pisze:

    Mam nadzieję na likwidację wydziału edukacji i oświaty w USA,w EU,w Polsce.Refleksja i artykuł autora brawurowy.Gratukuję odwagi cywilnej.

  2. Pingback: Cięcia w składkach na ONZ | Wielki Wódz Apaczów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s